601,867 unikalne wizyty
WSPOMNIENIA KAZIMIERZA I ANTONINY SIDOROWICZ
WSPOMNIENIA KAZIMIERZA I ANTONINY SIDOROWICZ
Z D. TUROWSKA ZE WSI DOMINOPOL W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI
NA WOŁYNIU 1930 - 1944

Nazywam się Antonina Sidorowicz, mam 87 lat i mieszkam w koloni Siedliska 115, gm. Zamość, powiat Zamość, woj. Lubelskie. Urodziłam się w 1916 r. w sierpniu we wsi Dominopol, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński. Moja mama Maria z domu Zinkiewicz, a tato Aleksander Turowski. Dla Królestwa Niebieskiego narodziłam się w Kościele w Swojczowie. Rodzice wioząc mnie do chrztu świętego musieli brać specjalną przepustkę od wojska, które stało na moście. I wojny światowej nie pamiętam, znam ją tylko z opowieści.
Moja rodzinna wieś była prawie wyłącznie zamieszkana przez ludność polską, a mieszkało w niej około 300 rodzin, to była bardzo duża wieś. Rodzin ukraińskich było tylko dwie: Markiewicze i Dubczuki. Było u nas często bardzo cicho i spokojnie, drewniane domki otoczone były sadami i ogrodami, w których było mnóstwo najróżniejszych kwiatów i drzew owocowych. Najlepiej zapamiętałam orginie i astry, a z drzew najwięcej było wiśni.  Uroku dodawał i zapach rozsiewał bez: biały, niebieski i czerwony. Było u nas bardzo pięknie, od strony północnej, od Świnarzyna rósł piękny las, tam chodziliśmy często całymi rodzinami na grzyby, zbieraliśmy też chętnie orzechy laskowe, poziomki, czernice i jagody. Las  był naszą wspólną wszystkich spiżarnią. Z kolei od strony południowej wiła się wolno rzeka Turia, a przy niej rozciągały się łąki i pastwiska. Często chodziłam tam ze swoimi koleżankami zbierać łąkowe kwiaty, pasło się tam wtedy dużo krów. W naszej rzece woda była czysta i zdrowa, żyło w niej dużo ryb, które chłopcy łapali na wędziska. Bardzo kochałam naszą wioskę, miałam tam wielu kolegów i koleżanek.
Gdy byłam dzieckiem, chodziłam do polskiej szkoły, która była w Dominopolu. Nasza szkoła była 4-klasowa i chodziły do niej nie tylko polskie dzieci ale także ukraińskie, przede wszystkim z Wołczaka. Wieś Wołczak była zamieszkana wyłącznie przez Ukraińców, wśród nich żyło tylko dwie polskie rodziny, jeden Polak nazywał się Buczak. Drugi gospodarz nazywał się Adam Mikulski lat ok. 70 oraz jego żona Helena lat 65, ich córka Józefa lat ok. 18 oraz nasz dobry przyjaciel Franciszek Mikulski.  Miałam więc koleżanki i kolegów zarówno Polki jak i Ukrainki. Nasze dzieciństwo było nadzwyczaj zgodne i pełne miłości. Nie przypominam sobie dziś nawet jednego przypadku, choćby drobnej wrogości zrodzonej na tle różnic narodowościowych. Wielokrotnie bywałam w ukraińskich domach i nie pamiętam, aby ktoś wtedy mówił źle o Polsce i Polakach. Tak samo czułam się w Wołczaku, nikt nie robił Polakom przykrości. Pragnę podkreślić, że sytuacja ta nie uległa zmianie także w latach 30-tych, byłam już wtedy panienką, ale w naszych wzajemnych odniesieniach nic się nie zmieniło, nadal było spokojnie.
Moja rodzina była wyznania rzymskokatolickiego i na msze święte chodziliśmy do kościoła w Swojczowie, który był bardzo niedaleko, tylko 4 km od naszej wsi. Najczęściej chodziliśmy przez wieś Piński Most, a dalej przez niemiecką kolonię Wandywola. Kiedy Niemcy opuścili ją jeszcze przed II wojną światową zamieszkali w niej zarówno Polacy jak i Ukraińcy. Nasza świątynia była bardzo piękna, murowana dookoła obsadzona lipami. W ołtarzu głównym znajdował się łaskami słynący Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Pamiętam jak na rozpoczęcie mszy świętej obraz odsłaniany, a po zakończeniu zasłaniany. W tym kościele przystąpiłam po raz pierwszy do I komunii świętej, to było bardzo niezwykłe przeżycie, jak każde dziecko lubiła słodycze, dlatego bardzo dobrze zapamiętałam, jak po naszej uroczystości, nasz ksiądz zaprosił wszystkie dzieci  do ogródka, który tuż obok plebani. Gdy tam przyszłam, ujrzałam wiele stołów, a na nich ciasto i gorąca herbata, a wszystko było przygotowane z myślą o mnie i o innych dzieciach pierwszokomunijnych. Bardzo mi się to wtedy podobało.
Niedługo później, miałam wtedy zaledwie 8 lat bardzo wiele razy brałam udział w świątecznych procesjach dookoła naszej świątyni, będą w białej pięknej sukience, którą sprawili mi rodzice. Szłam razem z innymi dziećmi i gęsto sypałem kwiatki przed kroczącym w najświętszym sakramencie Panem Jezusem. Pamiętam, że na bierzmowanie wybrałam sobie imię Maria, bo tak miała na imię moja kochana mamusia. Przyjechał wtedy do nas ks. Biskup, a cała uroczystość była bardzo piękna. Właściwie wszystkie święta bardzo mi się podobały, do dziś szczególnie dobrze zapamiętałam odpust w Swojczowie, ku czci Matki Bożej Siewnej, który wypadał każdego roku 08 września. W tym dniu do kościoła zjeżdżało się bardzo wielu ludzi z wszystkich stron naszej dużej parafii, a nawet przyjeżdżali ludzie nieraz z bardzo odległych stron. Gośćmi było także wielu księży. W tym dniu zawsze była bardzo uroczysta procesja dokoła naszej świątyni, chodziliśmy dwa albo trzy razy. Wierni naszej parafii chowani byli na cmentarzu w Swojczowie. Był stary i nowy cmentarz, na starym cmentarzu złożone zostały prochy moich dziadków ze strony mojego tata i mojej mamy. Natomiast dziadkowie mojego męża, pochowani są na cmentarzu  we Włodziemirzu Wołyńskim.
Pod czułą opieką Matki Bożej Swojczowskiej, życie religijne rozkwitało także w naszej wiosce, pamiętam ja bardzo lubiliśmy śpiewać podczas różnych świąt najróżniejsze pieśni religijne i nie tylko. W maju chodziliśmy, tzn. ja i moje koleżanki: Feliksa i Stanisława Potockie oraz nasz kolega o nazwisku Wasilewski także pod figurę, aby śpiewać majówkę. Nasza figura stała na samym początku naszej wioski od strony zachodniej, od wsi Zarudle. To był piękny duży, drewniany krzyż, na którym zawieszony był Pan Jezus. Właśnie tam, przez cały maj każdego wieczora, radośnie śpiewaliśmy najróżniejsze pieśni ku czci Matki Bożej, bardzo ją kochaliśmy. Z kolei w wielkim poście, do naszego domu schodziło się wielu ludzi w każdym wieku i wspólnie z przejęciem śpiewaliśmy Gorzkie Żale oraz odprawialiśmy Drogę Krzyżową. Tak było niemal codziennie pamiętam, że bardzo lubiłam brać w tych spotkaniach czynny udział.
Nie pamiętam, aby przed II wojną światową Ukraińcy śpiewali wrogie piosenki na Polaków, nie było między nawet jakiś sztucznych podziałów. Ludzie wspólnie i radośnie spędzali wolny czas, bawiąc się i śpiewając przy różnych sprzyjających okazjach, jak święta i uroczystości rodzinne, nawet zwykłe spotkania. Nawet klęska Państwa Polskiego we wrześniu 1939 nie miała praktycznie żadnego wpływu na zmianę tej sytuacji. Nie przypominam sobie żadnych aktów wrogości, także po przyjściu Sowietów. Nie słyszałam, aby ktoś w tej ciężkiej dobie dla naszego narodu naśmiewał się tego co stanowiło polskość.
Kiedy rozpoczęły straszne wywózki na Sybir, z naszej wsi nikt nie pojechał bowiem przedstawicielem rady wiejskiej „PROCIEDATIELEM” utworzonej przez Sowietów zaraz po wejściu do Polski był Ukrainiec z Dominopola Dubczuk. To był bardzo dobry człowiek, który gdy Sowieci zadali mu pytanie: „Jak tam u ciebie Polaczki dobre czy złe?, miał odpowiedzieć: „U mnie nie ma kiepslich ludzi, wszyscy są dobrzy.”  Tę historię opowiedział mi osobiście Franciszek Mikulski z Zamościa, który mieszkał wcześniej w Wołczaku ? Skąd on o tym wiedział? Pewnie opowiadali mu miejscowi ludzie. Podsumowując za pierwszej okupacji sowieckiej nie było między nami jeszcze wrogości, nikt nie mówił jeszcze o mordach.

CZERWIEC 1941 ROK
Czerwiec 1941 r. nie przyniósł większych zmian we wspólnym pożyciu Polaków i Ukraińców w naszej okolicy. Nie zauważyłam żadnych objawów radości u Ukraińców z powodu przyjścia na nasze ziemie Niemców. 17 sierpnia 1941 r. wyszłam za mąż za Kazimierza Sidorowicza i zamieszkałam we wsi Smolarnia, gm. Werba. Jeszcze w 1942 r. nie słyszałam, aby Ukraińcy dopuścili się gdzieś napadu na Polakach, nie pamiętam choćby jednego aktu wrogości. W zimie 1942 r. do naszej wsi Smolarnia przyjechała rodzina ukraińska Stefana Maciochy, zamieszkała wcześniej we wsi Młyniska nad Bugiem. Stefan i jego rodzony brat Iwan przesiedleni zostali na miejsce Niemców, którzy przeniesieni zostali w Poznańskie. Zeznaje pan Kazimierz Sidorowicz: „Niedługo później ja i Stefan Maciocha jechaliśmy razem furmanką do Włodzimierza Wołyńskiego. Wtedy zapytałem: „Stefan kiedy będzie wymiana Polaków z Ukraińcami?”, wtedy on tak na to odpowiedział: „Wymiana będzie taka: jak ty będziesz silniejszy, to mnie zabijesz, a jak ja okażę się mocniejszy, to zabiję ciebie. Jednak ponieważ nic do ciebie nie mam, to cię nie zabiję.”
Pani Antonina Sidorowicz: „Mąż opowiedział mi tę rozmowę zaraz po powrocie do domu. Od tej pory czuliśmy się już zagrożeni, nawet pomimo tego, że Smolarnia była właściwie wioską polską. Zaledwie kilka rodzin było ukraińskich. Tak więc już 1942 r. wiedziałam, że może dojść do pogromu Polaków i nie był to jedyny sygnał zbliżającego się ludobójstwa. Moja rodzona siostra Eugenia Turowska, opowiadała mi w Dominopolu, że rozmawiała w naszej wsi z radzieckimi partyzantami, którzy poinformowali ją, że Ukraińcy szykują się do mordowania Polaków. Gdy Eugenia i jej koleżanki stały koło swoich domów, sowieci podeszli do nich i tak im powiedzieli: „Ładne z was dziewczyny, szkoda was, ale was wybiją Ukraińcy! My stąd uciekniemy ale was wymordują!” To było latem 1942 r. Ci partyzanci radzieccy przez pewien czas przebywali z partyzantami ukraińskimi i po tym co mówili oraz po tym co się później rzeczywiście wydarzyło w Dominopolu, można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że wiedzieli o planowanej rzezi już o wiele wcześniej. Moja siostra Eugenia opowiadała mi o tym osobiście w Dominopolu, gdy ze Smolarni poszłam tam odwiedzić swoich bliskich. Pamiętam także, że już od początku 1942 r., jeszcze od zimy, stały na drogach prowadzących do Dominopola warty ukraińskie. Jedna znajdowała się przy wiosce od strony Włodzimierza Wołyńskiego, a druga na moście, na rzece Turii. W tym czasie nie można już było chodzić do kościoła w Swojczowie, ani jechać do miasta do Włodzimierza, w ogóle nie puszczali. Tymczasem w naszej wiosce Smolarni nie było wart jeszcze przez cały rok 1942.”
Wspomina Kazimierz Sidorowicz: "Moja rodzona siostra Ludwika Skawińska zamieszkała w Smolarni opowiadała mi, że latem 1942 r. miała następujący sen: "Śnił mi się Pan Jezus, który leżał w trumnie nie żywy, a obok trumny stała duża miska krwii ludzkiej. Gdy się tak przyglądałam na to, nagle Pan Jezus obudził się i usiadł w trumnie. Spojrzał na mnie swoimi pięknymi ale smutnymi oczami i rzekł do mnie: "Jeśli się nie poprawicie w tym roku, to na przyszły rok wyniszczę was do szczętu." I po tych słowach sen się zakończył!" Moja siostra opowiadała mi to zaraz po wymordowaniu wsi Dominopol. Zobaczyła wtedy: "WIELKĄ DZIWNĄ JASNOŚĆ", która szła od Swojczowa przez Smolarnię w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego, ze wschodu na zachód." Właśnie wtedy pod wpływem ostatnich krwawych wydarzeń i tego, jakże dziwnego zjawiska: "Kroczącej tajemniczej Światłości", przypomniał jej się ten sen o mówiącym Panu Jezusie. Niedługo później ona sama, jej mąż i ich ośmioro małych dzieci, zostali także bardzo brutalnie wymordowani przez Ukraińców na ich własnym podwórzu.”
Pani Antonina i Kazimierz: "Od końca roku 1942, cały nasz pobyt na Wołyniu upływał w ustawicznym strachu przed śmiercią. Z jednej strony Niemcy wywozili ludzi na roboty, z drugiej coraz częściej powtarzające się pogłoski, mrożące krew w żyłach, a opowiadające jak bestialsko Ukraińcy mordują Polaków we wschodniej części Wołynia. I chociaż w naszych okolicach nie dochodziło do tak strasznych pogromów, jednak zarówno nasza rodzina jak i inni Polacy coraz częściej opuszczali swoje domy i na noc udawali się do prowizorycznych schronów i kryjówek. Częstym miejscem nocowania były także stodoły, stajnie, budynki gospodarcze różnego rodzaju, zboże na polach, kopice siana, ogrody i zwykłe krzaki. Czuliśmy jak zaszczute zwierzęta, niepewne swego losu."
Pan Kazimierz: „Pamiętam, że także od 1942 r. na drzwiach ukraińskich domów, ktoś kredą malował "Duży numer 102". Ten numer był chyba tajnym hasłem banderowców, ponieważ tego nie robili raczej na pewno Polacy. Poza tym uderzający jest fakt występowania tego znaku tylko na drzwiach rodzin ukraińskich, na drzwiach polskich domów już tego nie malowano. Dlatego także z tego powodu, Polacy między sobą cicho powtarzali, że tajemnicze "102" to tajny znak bandy UPA, który na pewno nie wróży nic dobrego. Znaków tych nie było w Dominopolu i Smolarni, to wyszło z  Kohylna. Opowiadał mi to Michał Roch, któremu opowiadał Stanisław Roch, rodzony brat Michała. Józefa żona Stanisława Rocha widząc liczne numery "102" malowane na domach, bardzo się zaniepokoiła i spotykając znajomego Ukraińca z Kohylna, płacząc, zaczęła tak się do niego żalić w głos: "Coś niedobrego się dzieje, skoro drzwi ukraińskich domów są oznakowane dziwnym numerem:"102", a polskie nie. To zaczyna się widać jakaś różnica!" Wtedy ten Ukrainiec uspokajając Józefę rzekł do niej tak: "Józia to ty napisz i na swoich drzwiach, w ten sam sposób."

POLSKO-UKRAIŃSKA WSPÓŁPRACA
Wspomina pani Antonina: "Moi rodzice Maria i Aleksander Turowscy, rodzone siostry: Ewa, Anna, Eugenia oraz ciocia Katarzyna Majewska, jeszcze za życia opowiadały mi, że już w 1942 r. Ukraińcy przejeżdżając przez naszą wieś głośno śpiewali piosenkę tej treści: „Smert, smert Żydam i Lacham oraz moskiewskiej komunie.” Oni jechali najczęściej do lasu Świnarzyńskiego, gdzie mieścił się ich sztab UPA. Od wiosny 1943 r. partyzanci ukraińscy kwaterowali także w szkole w Dominopolu oraz w prywatnych mieszkaniach wielu Polaków w naszej wsi. Ludzie miejscowi mówili, że te duże wojska ukraińskie przyjechały gdzieś od strony Lwowa. Pamiętam, że mówiono o 2 tysiącach wojaków, a może nawet więcej. Polskie rodziny karmiły ich, prały rzeczy i kwaterowały, były przy tym solennie zapewniane, że między nami będzie pokój i sojusz przeciw Niemcom. Opowiadano mi także, że już w lecie 1942 r. Ukraińcy ogłosili publicznie wezwanie, skierowane przede wszystkim do młodych, silnych Polaków zamieszkałych w naszej okolicy, aby chętnie wstępować do polsko-ukraińskiej partyzantki. Przyjeżdżali nawet osobiście furmankami do polskich domów i zabierali wybranych mężczyzn mówiąc: „Będziemy razem wojować, nie pójdziemy tak jak Żydzi do dołu!” Większość z tych mężczyzn została później zamordowana. Zanim się to stało wielu spekulowało, że Ukraińcy mogą wszystkich zamordować, jednak w sercach Polacy nie sądzili, że coś takiego może się jednak wydarzyć. A jednak doszło do najgorszego, zginęli nie tylko prawie wszyscy żołnierze ze wspomnianego oddziału, ich liczba miała dochodzić do 120.  Wymordowana została także w bestialski sposób prawie cała moja wieś, w tym moi najbliżsi."
Pani Antonina i Kazimierz: „Franciszek Mikulski opowiadał nam jeszcze we Włodzimierzu Wołyńskim, że jest mu wiadome, że Ukrainiec z Gnojna o nazwisku Komar zamordował polskiego oficera w stopniu porucznika, jeszcze we wrześniu 1939 r., właśnie w Gnojnie. Franciszek dowiedział się o tym od samego Ukraińca Komara, który był u niego zakwaterowany w domu, a wraz z nim wielu innych, także uzbrojonych partyzantów ukraińskich. Pewnego dnia do Komara w odwiedziny przyszedł inny banderowiec i widząc go w mundurze polskim, tak powiedział: „O z ciebie ładny Polaczek, masz fajne ubranie Polaka.” Wtedy Komar odpowiedział mu tak: „W 1939 r. zabiłem Polaka porucznika i to jest jego odzienie!” Komar powiedział to tak, że usłyszał wszystko Mikulski.”
Pani Antonina i Kazimierz: „Był jeszcze inny, bardzo bolesny cios, który wymierzony był w polską ludność: otóż w tamtych czasach Ukraińcy bardzo często wzywali Polaków, aby stawiali się z furmankami i końmi na „Poszpant”, właściwie kto pojechał, już więcej nikt o nim nie słyszał. Ludzie z drżeniem opowiadali sobie, że Ukraińcy prawie na pewno wszystkich skrytobójczo mordują. Mój brat Adam Turowski i jeszcze trzech innych gospodarzy z Dominopola, pewnego razu też pojechali wezwani przez Ukraińców, którzy po nich przyjechali do naszej wsi. Opowiadał mi o tym osobiście Marcel Mikulski. Od tej pory ślad po nich i koniach zaginął.”
Wspomina pan Kazimierz Sidorowicz: „Zanim jednak do tego doszło, latem 1943 r. miało miejsce dość znaczące wydarzenie, o którym Polacy opowiadali sobie z ust do ust w całej naszej okolicy. W Teresinie mieszkał Polak Terlecki, który pokłócił się w jakiejś prywatnej sprawie ze swoim szwagrem, który też był Polakiem i nazywał się chyba Ozga. Szwagier zgłosił do policji ukraińskiej, będącej w służbie niemieckiej, że Terlecki ma ukrytą broń. Zaraz Ukraińcy przyjechali w dzień na podwórko Terleckiego i zaczęli szukać przed bramą stodoły, tam gdzie Ozga im wskazał przypuszczalne jej miejsce ukrycia. Polak bronił się, że nic nie wie o zakopanej broni i nie przyznawał się do tego o co go oskarżali. Tymczasem Ukraińcy nic nie znaleźli poza szczątkami zdechłego psa i odjechali z niczym. Po jakimś czasie wrócili jednak ponownie, jeszcze raz odkopali szczątki psa i tym razem postanowili sprawdzić także pod nimi. Broń była ukryta właśnie tam. Po jej znalezieniu policjanci wzięli wóz Terleckiego i jego konie, a  jego samego uwiązali powrozem za szyję do wozu i pociągnęli za sobą. Od tej pory słuch po nim wszelki zaginął, ludzie mówili że prawdopodobnie został wtedy zamordowany."
Wspomina pani Antonina: "Moi rodzice mieli pole blisko wsi Piński Most. Mieszkali tam Polacy i Żydzi, Ukraińców nie było wcale. Latem 1942 r. Ukraińcy zabrali Żydów z tej wsi do pobliskiego lasu Świniarzyńskiego i tam ich pomordowali. Moja mama Maria Turowska opowiadała mi, że widziała na własne oczy jak prowadzili Żydów do lasu, którzy nieśli łopatki. Posłużyły im później do wykopania grobów dla siebie i swoich rodzin. Pamiętam chyba nazwisko Żyda Sloma, była też rodzina Abramków, razem zamordowano wtedy 3 rodziny żydowskie. Po Żydach przyszła kolej na Polaków, zamieszkałych w tej wsi, wielu z nich zginęło:

1. Sienkiewicz Hipolit lat ok. 35 oraz jego rodzeni bracia: Kazimierz lat ok. 25 i
Antoni lat ok. 20.
2. Zymon Stanisława lat ok. 20 i Konstancja lat ok. 21. Tam było 3 rodziny
Zymonów, ale już nie pamiętam imion.
3. Hypś Stanisław lat ok. 40 i jego rodzony brat Eugeniusz  lat ok. 25.
4. Żukowski Stanisław albo Antoni lat ok. 35 i jego żona Antonina lat ok. 35.
5. Dobrowolski, tam było 3 rodziny Dobrowolskich, pamiętam że to były liczne
rodziny, ale już nie pamiętam imion tych ludzi, ani ich wieku.”

Pan Kazimierz Sidorowicz uważa, że Żydów z Pińskiego Mostu wystrzelała ukraińska policja z Gnojna, mówi tak: „Mój szwagier Franciszek Iwanicki z Dominopola osobiście zaprowadził mnie na miejsce stracenia i pochówku. Pamiętam, że to było na brzegu lasu, widziałem też jeszcze świeżą ziemię. Franciszek powiedział wtedy do mnie na tym miejscu: „Tu policja ukraińska z Gnojna wysrzelała Żydów z naszej wsi i z Wandywoli.” , razem to było 3 rodziny żydowskie.”
Wspomina pan Kazimierz: „Na kilka godzin przed krwawą niedzielą 11 lipca 1943 r., nocą kilku uzbrojonych Ukraińców przyjechało furmanką do polskiej wsi Ludmiłopol. Zajeżdżali do polskich rodzin i powoływali silnych, młodych mężczyzn do polsko-ukraińskiej partyzantki, która formowała się w Dominopolu. Zabrali w ten sposób ze sobą kilku Polaków i pojechali w stronę Dominopola. Do celu jednak nie dotarli. Jeszcze tej samej nocy, Ukraińcy dojeżdżając do pierwszych domów wsi Zarudle, tuż obok gospodarstwa Polaka Żukowskiego, nagle niespodziewanie się zatrzymali i kazali zsiąść Polakom z furmanki. Gdy Polacy znaleźli się na łące, Ukraińcy zdradziecko otworzyli do nich ogień i wszystkich wystrzelali. Zginęli wtedy: Feliksiak Józef lat ok. 30, Szymański Henryk lat ok. 30. Puzio Franciszek lat ok. 30, a pozostałych nazwisk nie pamiętam. Jest mi także wiadome, że z domu zabierał polskich mężczyzn Ukrainiec Ostapczuk Pieter, także pochodzący z Ludmiłpola i on także ich potem rozstrzelał. Mordercy albo wcale nie kryli się ze swoją zbrodnią, albo zostali czymś spłoszeni, bo nie zdążyli ukryć ciał pomordowanych, którzy zostali znalezieni nad ranem przy drodze, w miejscu ich rozstrzelania. Ofiary obrabowane zostały także częściowo z rzeczy, które miały na sobie. W miejsce mordu przychodziły potem żony ofiar i ich rodziny i dokonywali rozpoznania swoich chłopców. Wśród tych osób, była też żona Józefa Feliksiaka Antonina, która mi to wszystko później osobiście opowiedziała. Z tej grupy ocalał jeden chłop: Jarmuł Zygmunt, gdy jechał już furmanką z innymi na miejsce swego przeznaczenia, nadjechał  rowerem znajomy Ukrainiec, który rozpoznał wśród mężczyzn Zygmunta, swego przyjaciela. Zawołał na Ukraińców i zatrzymał furmankę, następnie poprosił tylko Zygmunta na stronę. Gdy go odprowadził kawałek w bok, kazał mu uciekać, domyślał się bowiem, że Polacy jadą po śmierć. Parę dni później spotkałem osobiście, cudownie ocalonego Zygmunta, który opowiadał mi, że znajomy Ukrainiec powiedział mu wtedy: "Musisz uciekać bo cię zabiją!" Zygmunt nie wiele się zastanawiał, tylko rzucił się do ucieczki, inni odjechali furmanką dalej.”



Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 25
Najnowszy użytkownik: JerryPam
STOWARZYSZENIE
CELE STOWARZYSZENIA
ZAŁOZYCIELE
ZARZĄD
STATUT
DOKUMENTY
SPRAWOZDANIA
UROCZYSTOŚĆ 11-07-2009
WYBRANY PROJEKT POMNIKA
HONOROWY PATRONAT
ODSŁONIĘCIE POMNIKA
FOTOREPORTAŻ -17.09.2011
FUNDATORZY
KRONIKA STOWARZYSZENIA
70.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSK.
W PAROŚLI I SARNACH
POGRZEB PO 70 LATACH
ZŁOTY MEDAL DLA PREZESA
I MARSZ PAMIĘCI SYBIRAKÓW
DYPLOM DLA ST.SENKOWSKIEGO
72.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSKIEJ
DĘBY PAMIĘCI
73.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSKIEJ
Lokalizacja pomnika
LOKALIZACJA

Pomnik zostanie wzniesiony u zbiegu Al. Piłsudskiego i ul. Wołyńskiej.
Lokalizacja pomnika>>

PUBLIKACJE-WSPOMNIENIA
Dzieci Kresów III

Dzieci Kresów to zbiór wspomnień osób które jako dzieci lub b. młodzi ludzie przeżyli gehennę ukraińskiego ludobójstwa. Publikacja Lucyny Kulińskiej godna polecenia.
O AUTORCE >>
SŁOWO WSTĘPNE >>
JEDNO WSPOMNIENIE >>
WSPOMNIENIA p. Kozioł >>
POSŁOWIE>>

--------------------------------
EWA SIEMASZKO
ZAGŁADA KOROŚCIATYNA
WIGILIA 1944 -J. Białowąs
KRZYŻE Z PRZEBRAŻA
POGRZEB PO..-J.Białowąs
BÓG WTEDY PATRZYŁ..
ZA CO ZGINĘLI UKRAIŃCY
GDY PŁONĄŁ WOŁYŃ
KiA SIDOROWICZOWIE
CZESŁAWA ROCH
ŚLADAMI LUDOBÓJSTWA..
PAMIĘĆ I NADZIEJA
Jastrzębski-LUDOBÓJSTWO
REGINA OWCZARCZAK
MOJE ZASMYKI-wiersze
POLECANE LINKIi
VIDEO
ks.ISAKOWICZ-ROZMOWA
WSPOMNIENIA-S.Kicińska
WSPOMNIENIA-Podskarbi
NA PODOLU PŁACZE...
WOŁYŃ 1943-Lech Makowiecki

WYWIADY I OPINIE
ROZMOWA z ks. Isakowiczem
ks. Isakowicz-CHODZI MI TYLKO...
Prof. Wieczorkiewicz o OUN-UPA
SEJM ZDECYDOWAŁ...
Ks.Isakowicz-POLITYKA ZAKŁA..

LIST OTWARTY do D.Tuska
Ostatnie artykuły
Odbyły się obchody...
Dęby Pamięci
Dyplom od Światoweg...
72.Rocznica "Krwawej...
I Marsz Pamięci Syb...
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
Brak tematów na forum
Najciekawsze tematy
Brak tematów na forum
POLECANE STRONY

 
<27 Dywizja Wołyńska AK

---------------------------------


Fundacja Centrum Dokumentacji
Czynu Niepodległościowego

--------------------------------

Fundacja Polskiego Państwa
Podziemnego

---------------------------------

Kresowy Serwis Informacyjny
-----------------------------------

Serwis Informacyjny
o Kresach Wschodnich

------------------------------------

Serwis Informacyjny
Towarzystwa Miłośników
Wołynia i Polesia w Chełme

Copyright © 2009 - Stowarzyszenie "Pamięć i Nadzieja" w Chełmie, 22-100 Chełm Pl. Niepodległości 1, p.77 Telefon - biuro: 608 073 511,
e-mail: stowarzyszenie.pin@op.plAdministrator - Tadeusz Halicki: thalicki@poczta.onet.pl
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Wygenerowano w sekund: 0.09