611,883 unikalne wizyty
WSPOMNIENIA LUDWIKI PODSKARBI Z D. SZEWCZUK

 

WSPOMNIENIA LUDWIKI PODSKARBI Z D. SZEWCZUK KOLONII MOGILNO W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI NA WOŁYNIU 1935 - 1944

Wspomnienia wysłuchał, spisał i opracował Sławomir Tomasz Roch, 2009 r. e-mail: rycerzniebieski@wp.pl

Na pamiątkę dla przyszłych pokoleń o okrutnej zbrodni jakiej dokonali Ukraińcy na Polakach na ziemi Wołyńskiej i nie tylko na Wołyniu w latach 1939-1947. Na ziemi gdzie panował niegdyś Bolesław Chrobry. Jednocześnie przedstawię tułacze życie moich kochanych rodziców oraz moją młodość, zdruzgotaną przez chrześcijan, zarazem naszych sąsiadów najbliższych. To świadectwo to jest wołanie o prawdę, o miłość która płynie z prawdy. Ten głos płynie nieustannie z koloni i miast zamieszkanych niegdyś przez Naród Polski, ziemi gęsto zroszonej polską krwią i potem pracujących rodzin od wieków.

Kraina, o której będę pisać należała do Polski jeszcze za Bolesława Chrobrego, mam na myśli Grody Czerwieńskie – późniejszy Wołyń. Urodzajne to były ziemie, czarnoziem buraczany i pszeniczny. Pas tej ziemi ciągnie się od Hrubieszowa aż po Ural. Dane mi było przyjść na świat w 1929 r. we wsi Mohylno gm. Werba, pow. Włodzimierz Wołyński. Tato mój Franciszek Szewczuk ur. w 1896 r. w Mohylnie, syn Mariana i Agnieszki z Mroziuków. Mama Maria Szewczuk ur. w 1904 r. w Mohylnie, córka Antoniego i Franciszki z d. Lewandowska. Rodzice moi mieli troje dzieci, w tym syn Antoni rocznik 1925, córka Ludwika (to ja sama) 1929. i córka Henryka 1935. Rodzina mojej mamy była b. liczna: pięciu braci i trzy siostry, podobnie rodzina mojego taty: trzech braci i dwie siostry. Będzie o tym mowa w dalszej części opowiadania. Moi rodzice posiadali średnie gospodarstwo tzw. 12 morgi., na Wołyniu morga liczyła 56 ary ziemi. Mieszkaliśmy za wsią 1 km, a do lasu było tylko 0,5 kilometra. To był las Owadeński, do stacji kolejowej Owadno było około 3 km drogi. Do Włodzimierza było 10 km, a do Swojczowa gdzie znajdował się nasz Kościół parafialny pw. Narodźenia Najświętszej Marii Panny 8 km. Wieś była duża i liczyła 160 numerów, w tym 25 należało do Polaków. Tylko 3 numery to byli Żydzi, a cała reszta to były rodziny ukraińskie wyznania prawosławnego. W tamtych czasach gdy ktoś zapytał : “Kto pan jest?” odpowiadało się że katolik tzn. że jest Polakiem. Obok naszego domu stał drugi dom, w którym mieszkała moja babcia Agnieszka Szewczuk. Na ten czas mieszkał tam najmłodszy brat taty Wincenty z żoną i czwórką dzieci.

OPIS GOSPODARSTWA

Mieliśmy duży sad młody i stary, a w ogrodzie stały pnie – ule z pszczołami. Chata miała jedną izbę i kuchnię, tak było we wszystkich domach w tamtych czasach. Dach domu był ze strzechy, tak się mówiło i znaczyło to, że jest po prostu ze słomy. Nawet szlachcianki rodziły się pod strzechą. Muszę dodać, że w chacie była także: komora jako spichlerz i sień. Drzwi w sieni otwierały się do środka, z b. praktycznego powodu: gdy w zimie nawiało dużo śniegu na podwórze, to rano trudno było otworzyć drzwi. A tak szpadlem przekopywało się tunel czy to do studni czy do obory, bynajmniej nie jest to dobry żart. Pamiętam dobrze, że bywały takie zimy i dni, że śnieg równał się dachom domu i stodoły. Studnia była betonowa na korbkę, podobnie koryto. U stryja Wicha studnia była na żuraw i była cembrowana, znaczy to że ściany studni były wyłożone drzewem. Mówiło się potocznie: “dudni woda, dudni w cembrowanej studni”. Tato mój miał zawsze parę dobrych koni bowiem pole nasze podzielone było na cztery kawałki, a nawet trzy kilometry było niekiedy dojechać. Wóz był żelazny, tzn. koła wozu okute były żelazem. Szprychy kół były wykonane z mocnego i suchego, dębowego drzewa.

 

Szosy tam na tamte czasy nie było nigdzie, tylko polne drogi. Wiosną gdy roztajał mróz, to czarnoziem zamieniał się w pospolite błoto. Mieliśmy zawsze dwie krowy dojne. Po ocieleniu jedna dawała wiaderko mleka. W domu była bańka z cienkiej blachy ze szkłem, wstawiało się to w szaflik z zimną wodą i tak na wierzchu mleka gromadziła się śmietana. Przez kranik na dole bańki spuszczało się mleko, a śmietanę, którą było widać przez szkło pozostawiało się w bańce. Cielęta chowało się, były owce, świnie, była locha na prosięta. To i też sprzedawali prosiaki, a jakże. Gęsi mama chowała, kaczki i kury, a kwoki na jajkach wysiadywały. Pilnowało się takiej kwoki jak złota, patrzyło się, a gdy tylko zeszła z jajek zaraz nakrywało się jaja, by się czasem nie zaziębiły. Świniaka biło się przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą, dwa razy do roku i co ważne: od 150 kg, mniejszego nie bili. Po zabiciu opalało się świniaka słomą. Mięso soliło się w beczce, a na zimę soliło się słoninę. W płóciennym worku wisiała na strychu mieszkania, zamarznięta była miękka jak masło. A wiosną to słoninę zaszywało się w sadło i także wieszało na strychu. Wisiała tam, aż siano chłopy kosiły, wtedy brało się, a była tak świeża, jakoby dopiero włożona. Skórka była tak cienka i miękka, że my dzieci to tylko o tą skórkę mamy prosiliśmy. Na tamten czas wędziło się także beczki, tak opalone mięso czy słonina jest o wiele smaczniejsza niż parzona, przy tym nie psuje się tak szybko.

Weków dawniej nie było, podobnież prądu, tylko lampa naftowa służyła do domu, a do obory to była latarka też na naftę i na knot. Szklana lampa była obudowana drutem. Gdy tata wracał po nocy, czepiał lampę do wozu bowiem istniało takie zarządzenie ogólne dla wszystkich. Zegara w domu nie było ale do Kościoła w niedzielę nigdy się nie spóźniliśmy. Za zegar służyło słońce, w tamtych czasach po cieniu rozpoznawaliśmy, która jest właśnie godzina dnia. W zimie, gdy słońce rzadko bywało na niebie i dość późno wstawało, inaczej radzono sobie z punktualnością. Otóż, gdy rodzice mieli jechać do miasta Włodzimierza, tatuś raniutko wychodził na podwórek i patrzył na gwiazdy, a kiedy wracał do izby mówił do mamy: “Wóz jest na południu”. Potrafił także określić położenie wielu gwiazd. Niekiedy słuchaliśmy piania koguta, po północy kogut piał co godzinę. Nieraz zdarzało się, że kogut piał dwa razy, a potem trzeci, wtedy tata mawiał: “to trzecia godzina”. Zaraz wstawali i szykowali na wóz, co mieli do sprzedania. Na drogę brało się “obrok” tzn.. sieczkę, moczyło się i sypało owies i śrut. Każdy gospodarz miał uszytą z grubego płótna “opałkę” lub “maniak”, gdy konie stały w mieście to wieszano za uchwyty do dyszla, by konie mogły się posilić. Do miasta czy kościoła wóz był skracany. Gdy zwożono snopki z pola, używano zwykle długich drabin, kładło się je na boki, a pod wozem rozworę, by wóz przedłużyć. Siedzenia wozu były ze słomy ubitej, ciasno związanej. Zawsze były dwa siedzenia ładnie zaścielone.

ZDROWA POBOŻNOŚĆ KRESOWA

Do kościoła jechali rodzice prawie co niedzielę i na tą okazję konie czyszczone były drucianym zgrzebłem. Suma odprawiała się o 12.00 w Swojczowie. Kościół stał na wzgórku, schody do bramy świątynnej były z trzech stron. Przy kościele plac porośnięty trawą i mała kapliczka, a wszystko otoczone wysokim, zadaszonym parkanem. Podczas odpustu msza sprawowana była na owym placu przy kapliczce, a pod zadaszeniem stały konfesjonały gdzie spowiadali się ludzie. Można tam było także odpocząć w czas upału, gdy temperatura sięgała 35 stopni. Główny Ołtarz odsłaniany był na początku mszy św., podczas gdy lud klęczał i śpiewał: “Witaj święta i poczęta Niepokalana…..” Kazanie ksiądz głosił z ambony, a chór po łacinie. W czasie nabożeństwa kobiety stały po prawej, a mężczyźni po lewej stronie świątyni, nigdy razem. Ławek było tylko parę, przeważnie dla starców, którzy przed mszą św. odprawiali Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP. Odpust parafialny przypadał na 15 sierpnia Matki Bożej Wniebowziętej oraz 08 września Matki Bożej Siewnej. W tych dniach było w Swojczowie tyle narodu, że nasz kościół nie mogł pomieścić, ludzie przybywali nawet z Małopolski. Z jedną taką kobietą – pielgrzymem rozmawiała moja mama. Nasz proboszcz Franciszek Jaworski posiadał duże gospodarstwo, w tym: parę śniadych koni, dużo czerwonych krów, cały podwórek drobiu. Gęsi, kaczki, indyki. W upalne dni chodziłyśmy niekiedy z mamą na podwórek do studni to można było podpatrzeć. Bywało i tak, że z tatem jechałam do cioci, widziałam nie raz wtedy, jak sam orał końmi ziemię. Poza tym zatrudniał oczywiście ludzi: był parobek do obory, który karmił trzodę, ludzie którzy pracowali w polu. Przy tym wszystkim, przed 1939 r. kapłan miał jeszcze pensję państwową w wysokości 500 zł, podobnież zresztą nauczyciele. Przy czym średni koń kosztował 200 zł., a krowa od 80 do 100 zł, zależało to od rasy i lat. Kwintal żyta kosztował 12 zł., a kobieta która plewiła u nas len czy proso, mama płaciła 2 zł za dzień pracy. Tyle pamiętam z tamtych lat, co ile kosztowało.

TRADYCJE MINIONE

Za moich młodych lat było dużo świąt kościelnych, które zniosła po wojnie komuna. A było świętem Trzech Króli 06.01, Wniebowstąpienie Pańskie, Zesłanie Ducha Świętego było świętem dwa dni, Piotra i Pawła też było świętem, nikt tego dnia nie pracował, poza tym 15. 08 Wniebowzięcie Matki Bożej oraz Niepokalane Poczęcie 08.12. W niedzielę wieczorem były odprawiane w kościele Nieszpory, podczas których śpiewano Psalmy, a dziś wszystko odchodzi w zapomnienie. W ostatni dzień roku tzw. Sylwestra na wieczornej Mszy św. śpiewano Suplikację. Cały kościół na klęczkach błaga Boga i zarazem przeprasza śpiewając: “Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny zmiłuj się nad nami.” Kiedy kapłan szedł z Panem Bogiem do chorego to na ulicy klękało się przed przenajświętszą Hostią.

W Swojczowie na odpuście było dużo kramarzy przed kościołem, można było kupić organki, fujarki, zegarki, koguciki na druciki. A było też dużo dziadów żebrzących, udających: że jest bez nogi, a to bez ręki. Ludzie dawali po pary groszy i kazali zmówić zdrowaśki za jaką duszę. A gdy w upalny dzień nadeszła burza z piorunami, to uciekali dziady na dwóch nogach i już mieli obie ręce. W Wielką Sobotę nosiłam święcić do kościoła i mama dała jedną babkę więcej, abym położyła w chruście kościoła dla biednych. Tam stał stół i ludzie dawali ciasta dla biednych. Na Rezurekcję rodzice jechali raniutko do kościoła, jeszcze dzieci spały. Czekaliśmy rodziców, bo nie wolno było nic jeść, aż święcone się zje. Dzieląc się jajkiem, tak jak i dziś. Na wigilii tato przynosił siano i kładł pod obrusem na stole, a w kącie izby stawiał snopek żyta. Po kolacji tato kładł opłatek na chleb i niósł do obory, dawał koniom i krowom. Choinka była z lasu. Zabawki na choince były robione z papieru kolorowego, pajace z wydmuchiwanych jajek, z czerwonego papieru kapturki. W mieście można było kupić same główki aniołków, a sukienki dorabiało się z papieru. Cukierki, małe jabłka czerwone wieszało się. A łańcuch to był robiony z ciętej słomy z żyta i z papieru. Na grubą nitkę kawałeczek słomki złotej i cięty papier i tak na przemian, był piękny łańcuch. A mama piekła szynki, pierogi z jagodami lub baby drożdżowy. Mazurek na drożdżach, ciasto na noc owinięte w płócienną serwetę i zatapiane w wodzie letniej w wiadrze. Rano dawała cukier i miesiła. Mazurki były na smalcu mieszane z jajami. Dodam jeszcze, że na Wielkanoc my dzieci pisaliśmy woskiem na jajkach kwiatki, wiatraczki rozmaite, rozmaite wykrętasy, a potem w cybulniku gotowało się. Po wyjęciu z garnka pięknie wyglądały tzw. “kraszanki”. Risak był zrobiony z blaszki z pudełka do pasty do obuwia. Blaszka miała wygląd kaptura, dorabiało się do niej rączkę z drzewa. Następnie wosk od pszczół wkładało się do lejka, a potem nad świecą się podgrzewało, przynosiło jajko i rozlewał się wosk. Dużo tych kraszanek malowało się, a w święta stukali się tymi pisankami, czyja była mocniejsza. Taki był zwyczaj za moich młodych lat.

Na drugi dzień świąt Wielkanocy znów lali się wodą. Kto raniej wstał to tych śpiących polewał. Znów na Zielone Święta przynosili z lasu młode brzózki i stawiali pod progiem domu dwie lub cztery. Musiał być pachnący tatarak, który rośnie przeważnie przy rzece i na mokradłach, przy tym bardzo pachnie, dlatego rzucany był w domach wprost na podłogę. Po tym wszystkim miało się wrażenie, że wszędzie jest zielono. W Darłowie gdzie obecnie mieszkamy, jeszcze w latach 50-tych Władek stawiał brzózki przed blokiem. Rodzice jeździli w goście tylko w święta lub zapraszali do siebie. I na chrzest lub wesele to już przymusowo być, gdy byli zaproszeni. A w Palmową Niedzielę wszyscy szli do kościoła z palmami.

W Zapusty wyprawiali (bakusa) – składali się z jedzeniem mężczyźni, kupowali wódkę i razem rodzice i dzieci bawili się przy jakimś grajku, którego zaprosili by im dziarsko przygrywał. Przeważnie był to akordeon czy harmonia. Moja babcia Agnieszka opowiadała, że za jej młodości to wesele trwało tydzień czasu. U panny młodej, u pana młodego, a na koniec to starościna musiała zaprosić wszystkie goście. Dawniej nie kupowali mebli ani pralek jak dziś, do prania była tara ręczna. Balia do prania była z klepek z drewna, a z popiołu robiło się “ług” do prania. Gotowaną wodą zalewało się na noc popiół, który był w woreczku płóciennym i zawiązanym. Rano woda była tak śliska, bardziej niż po dzisiejszym proszku. A jak umyłaś włosy w takiej wodzie to błyszczały się tak, jakby ktoś woskiem wysmarował. Przeważnie prało się w tym ługu bieliznę płócienną z lnu lub konopi. A żelazko miało żelazną duszę, która rozgrzewało się do czerwoności w palenisku, a potem wkładało się do żelazka i już można było prasować. Mama miała maglownicę ręczną z drzewa. Na drewniane wały nawijała płócienną bieliznę nakrochmalnianą i na prostej ławie maglowało się. Prześcieradła czy obrusy płócienne w kostkę były złożone. Szafy nie było tylko kufer zamykany na klapę. Wszystko było ułożone w kufrze, a jednak odzienie nie było pogniecione, dobry był na tamten czas materiał. W łóżkach były sienniki ze słomy lub sianem wypychane i na tym się spało. Pierzyną nakrywało się i człowiek nawet chory, przeziębiony mocno, szybko wracał do zdrowia. Do lekarza nikt nie chodził. Gdy trzeba było to bańki stawiali od przeziębienia, kwiat lipowy piło się przez całą zimę zamiast herbaty. Miód leczył przeziębienie. Żadnych tabletek nikt nie używał, leczył jak dziś i ludzie dożywali sędziwego wieku i był szacunek dla ludzi starszych. W jednym domu żyli rodzice i dwie synowe i syny i jeszcze wnuki i godzili się. Starsi ludzie nie mieli emerytury, a przy dzieciach dożywali, mieli zapewniony chleb i opiekę. Nikt w szpitalu nie umierał, tylko w domu. Dawano w rękę czy stawiano przy umierającym zapalaną Gromnicę, która była poświęcona 2 lutego w święto Matki Bożej Gromnicznej. Gdy nadchodziła burza z piorunami to zapalało się Gromnicę i umieszczano w oknie, to i gromy ten dom omijały.

Dawniej w XIX wieku, jeszcze za życia mojej babci, to we wszystko wierzono. Na Odpust 15 sierpnia nazywany także świętem Matki Bożej Zielnej święciło się kłosy zbóż i owoców. Bukiet wiązało się z kłosów, a gdy we wrześniu tato siał zboże, to święcone ziarno tato też zabierał i siał na polach. Palmami święconymi w Niedzielę Palmową, wyganiało się wiosną, pierwszy raz krowę z obory na pastwisko. Starzy ludzie przestrzegali praw Bożych i ludzkich. Święcona woda zawsze była w domu. Na Oktawę Bożego Ciała były poświęcane w kościele wianki z ziół leczniczych. Te wianki suszone służyły też w chorobie, jako napar ziołowy. Jeszcze pamiętam jak ludzie dawali na Msze św., to przeważnie w zimie, bo na ten czas nie było pracy w polu. Zapraszali z tego tytułu kuzynów czy znajomych, aby wspólnie modlić się za Duszę zmarłego. Były odprawiane “Egzekwie” przy pustej czarnej trumnie, która stała na środku kościoła. A po tym nabożeństwie wszystkich uczestników zapraszano do domu na obiad. Po tej gościnie, zanim rozeszli się do domów, zawsze wspólnie śpiewano Anioł Pański. Ten obrządek był odprawiany przeważnie w rocznicę śmierci zmarłego. Ja Ludwika mojego dziadka Marcina nie pamiętam, ale Egzekwie za Niego pamiętam. Było dużo ludzi w domu i śpiewali Anioł Pański.

PRACA W POLU. UPRAWY ROLNE

Teraz opowiem co siali rodzice i czym żywiliśmy się. Żyto, pszenicę, jęczmień, owies, proso, groch, grykę, sadzili ziemniaki. W ogrodzie mama sadziła kapustę, buraki czerwone i pastewne, brukiew, dynie, cebule, fasole, pietruszkę, marchew, kukurydzę, jadalną sałatę, czosnek, mak. Słoneczniki też, to one na jesień upiększały ogrody swoimi żółtymi kwiatami. Cukrowych buraków nie sadzili, bo nie wolno było gospodarzom sadzić, ino hrabiowie w majątkach mogli sadzić, im rząd zezwalał. Ludzie siali konopie na włókno, rzepak na olej, soczewicę i len też uprawiano. Była kasza gryczana z prosa, jaglana z jęczmienia. Była nakiszana beczka kapusty, beczka ogórków na zimę. W mieście rodzice kupowali tylko mydło, ocet, nici, igły, pasty do butów, naczynia, wódkę, ryż, śledzie solone, odzież, cukier, sól, naftę do lampy. Może coś pominęłam. Brat prenumerował Rycerza Niepokalanej. Ja otrzymywałam Rycerza w szkole i przynosiłam do domu, a brat czytał nam na głos. Chleb mama piekła na drożdżach i dawała ugotowane ziemniaki, to i chleb tak szybko nie czerstwiał, jak to się dzieje dziś. Z pytlowanej mąki chleb był biały ale bywało, że i razowy chleb sie wypiekało. Co sobotę piekła mama pierogi z pszennej mąki, rozmaite było nadzienie, w zależności od sezonu: z jagodami, z wiśniami, z serem, z kaszą gryczaną, z kaszą jaglaną, z fasolą i makiem. Bywały nawet z zasuszonymi gruszkami. Mama suszyła bowiem dużo owoców w piecu chlebowym: na blaszki kładła prostą ciętą słomę żytnią i na nią owoce do suszenia, nawet jagody suszyła w ten sposób. Z nasienia też olej dusiło się, to był leczniczy olej, nawet na rany przykładali. Siemię lniane gotowali i dawali pić z mlekiem cielakom, włos był krótki, miało to pozytywny wpływ na wzrost cielaków.

Mieszkanie malowało się trzy razy do roku: przed Wigilią, Wielkanocą i przed żniwami. Używano wapna, które kupowało się w mieście w grudach. W domu zalewało się wapno zimną wodą, a ono tak się gotowało, że mama odganiała dzieci, aby się nie poparzyły, pary było co nie miara. Nazywano to gaszeniem wapna, aż się zlasowało. Na zewnątrz mieszkania malowało się tylko raz w roku na wiosnę, nawet chlewy wiosną malowało się wapnem ponieważ to zabijało wszelkie robactwo. Mieszkanie malowała mama, tak bylo wszędzie. Mężczyzna pracował w polu i w obejściu, także w lesie, jego zadaniem było zaopatrywanie rodziny w opał na cały rok bowiem węgla nikt nie kupował. Mój tata mawiał że: “Kobieta dzierży we władzy trzy węgły domu, a mężczyzna czwarty.” I na tamten czas tak było, kobiety na plotkach nie przesiadywały, tyle miały zajęć w domach. Dorastające córki już pomagały.

PRODUKCJA KONOPI I LNU

Konopie po wyrwaniu trzeba było wiązać w małe snopki, które potem umieszczano na wodzie, leżały tam przez parę tygodni. Następnie zwoziło się do domu i suszyło na słońcu. Po pewnym czasie badyle stawały się zupełnie białe, wtedy tak długo się je obijało, aż zostało samo włókno. Potem były dalsze etapy obróbki: na szczotce drucianej i desce nabitej gwoździami, aż zostawała sama czysta kądziel. Błyszcząca, gotowa do przędzenia na kołowrotku. Ze szpuli kołowrotka zwijało się na drewniany matek i dalej na kłębek, a z kłębków na dużą snownice, która zajmowała dużą przestrzeń w mieszkaniu. Od sufitu po podłogę, a tych boków to miała może i nawet osiem. Tak robione płótna, prześcieradła były bardzo mocne, szyło się także worki na zboże i do młyna. Podobnież len po wyrwaniu ręcznie młóciło się, gdy był już suchy. Potem trzeba go było ścielić na łące cieniutko, przy tym łąka musiała być skoszona. W ten sposób przez rosę miękły łodygi ale i tu trzeba było pilnować, by jak przy konopiach nie zgniły. Ponownie się zbierało len i wiązało w snopki, by teraz sechł na słońcu. A lata u nas dochodziły do 35 stopni. Wyschnięty len czyściło się na terlicy z drewna. Kto nie zdążył w lecie wyczyścić to jesienią trzeba było suszyć. Len nie był tak wysoki jak konopie (160 cm), co najwyżej niecały metr mógł liczyć. I znów przędła mama całą zimę. Z lnu płótno było delikatniejsze, szyło się chłopom koszule do pracy w polu, to miała przewiew ta koszula, nigdy do ciała się nie przylepiała. Płótno z warsztatu było szare, więc trzeba było je wybielić, szerokie było 60 cm a długie nawet na kilkanaście metrów. Moczyło się w wodzie i na łące rozciągało jak długi. W słońcu za parę godzin już było suche, więc znów trzeba je było moczyć i tak przez dzień kilka razy, aż wybielało. Piękne z tego były obrusy na stół, widziałam też w 1939 r. ubranie z płótna na pilocie polskim. Nie cały kilometr od naszego domu było lotnisko, lotnicy przybywali do naszego lasu Owadnieńskiego po gałęzie, by zamaskować samoloty. Przez przypadek odwiedzili nasz dom i jednemu z nich mogłam się lepiej przyjrzeć, prosił mamę by mógł miodu skosztować. Jeszcze wspomnę, że mama przędła wełnę i z wełny tkacz robił samodział, następnie krawiec szył mamie kurtkę, a bratu cały garnitur, zaś siostrze Heni płaszczyk.

PILNOŚĆ I ZARADNOŚĆ BYŁY W CENIE

W tamtych czasach na Wołyniu dziewczyna wychodząc za mąż musiała wszystko umieć robić w gospodarstwie, musiała też umieć gotować, prać ręcznie, a nawet uszyć chłopu koszulę. A posag bezwzględnie musiała mieć: ziemię, krowę, bieliznę, pościel, a która panna nie miała posagu, to i nie miała konkurentów. Moja mama w posagu dostała 2 morgi dobrej ziemi i krowę. Swat jechał z chłopakiem do dziewczyny i tam zachwalał chłopca, rozmawiali z rodzicami dziewczyny. Dziewczyna pierwszy raz na oczy widziała tego chłopaka, gdy się jej podobał to omawiali z rodzicami posag. I gdy zgodziła się dziewczyna wyjść za niego za mąż, to nie raz tego samego dnia jechali do księdza dać na zapowiedzi. A jeśli odmówiła chłopcu znaczy dała kosza, wtedy musiała za wódkę zwrócić, którą chłopak przywiózł na zaręczyny i którą wspólnie wypili. Był również zwyczaj, że po oczepinach na weselu, młoda zdejmowała białą suknię, a przywdziewała czarną. A o rozwodzie nie było mowy, na wsi żyło się z roli i gospodarstwa, fabryk nie było. Gdzie by wtedy poszła taka kobieta, były dzieci i trzeba było żyć razem. Tylko dawniej starzy rodzice byli mądrymi ludźmi, może szkoły nie mieli, bo to Polska była stale pod jakimś zaborem ale mieli mądrość życiową. Dzieci nie rozwodzili ino z troską pełną miłości godzili, rzec można mieli pieczę nad dziećmi do końca życia. Ale i dzieci szanowali swoich rodziców.

W naszej wiosce Mohylno była szkoła, tylko czteroklasowa. Trzeba było chodzić dwa lata do trzeciej i dwa lata do czwartej klasy. W innych miejscowościach, gdzie było więcej polskich dzieci to było i siedem klas. Szkoła mieściła się w prywatnym budynku u Szewczuka Adolfa, stryjecznego brata mego tata i u brata Adolfa druga szkoła. Do szkoły miałam nawet 2 km dlatego w zimie, gdy nasypało dużo śniegu, tata nie raz podwoził mnie saniami. Do pierwszej klasy chodziłam tylko dwa miesiące, w domu tato nauczył mnie całe abecadło oraz liczyć do sto, mówił przy tym: “Będziesz chodzić po 2 km za literką?” Więc gdy miałam 8 lat mama zapisała mnie do szkoły, rozmówiła się z nauczycielką by wzięła mnie od razu do drugiej klasy ponieważ radzę sobie nawet z czytaniem. Lecz ta pani sama chciała się przekonać, czy ja rzeczywiście sobie radzę, gdy spostrzegła że faktycznie nudzę się na lekcjach, dała mi karteczkę i kazała iść do drugiej szkoły. Tak trafiłam do klasy drugiej i bardzo się z tego ucieszyłam. Do szkoły przyjeżdżało nieme kino, bilet kosztował jedno jajko. Pierwsze moje przedstawienie było o okropnościach wojny, okna były pozasłaniane, leciały bomby, a postacie migały jak szalone. Drugi film odbył się w Wielkim Poście i była pokazywana Męka Pańska, zapamiętałam to jak Pan Jezus dźwigał na swych ramionach Krzyż.

Całość - plik pdf >>

Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 25
Najnowszy użytkownik: JerryPam
STOWARZYSZENIE
CELE STOWARZYSZENIA
ZAŁOZYCIELE
ZARZĄD
STATUT
DOKUMENTY
SPRAWOZDANIA
UROCZYSTOŚĆ 11-07-2009
WYBRANY PROJEKT POMNIKA
HONOROWY PATRONAT
ODSŁONIĘCIE POMNIKA
FOTOREPORTAŻ -17.09.2011
FUNDATORZY
KRONIKA STOWARZYSZENIA
70.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSK.
W PAROŚLI I SARNACH
POGRZEB PO 70 LATACH
ZŁOTY MEDAL DLA PREZESA
I MARSZ PAMIĘCI SYBIRAKÓW
DYPLOM DLA ST.SENKOWSKIEGO
72.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSKIEJ
DĘBY PAMIĘCI
73.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSKIEJ
Lokalizacja pomnika
LOKALIZACJA

Pomnik zostanie wzniesiony u zbiegu Al. Piłsudskiego i ul. Wołyńskiej.
Lokalizacja pomnika>>

PUBLIKACJE-WSPOMNIENIA
Dzieci Kresów III

Dzieci Kresów to zbiór wspomnień osób które jako dzieci lub b. młodzi ludzie przeżyli gehennę ukraińskiego ludobójstwa. Publikacja Lucyny Kulińskiej godna polecenia.
O AUTORCE >>
SŁOWO WSTĘPNE >>
JEDNO WSPOMNIENIE >>
WSPOMNIENIA p. Kozioł >>
POSŁOWIE>>

--------------------------------
EWA SIEMASZKO
ZAGŁADA KOROŚCIATYNA
WIGILIA 1944 -J. Białowąs
KRZYŻE Z PRZEBRAŻA
POGRZEB PO..-J.Białowąs
BÓG WTEDY PATRZYŁ..
ZA CO ZGINĘLI UKRAIŃCY
GDY PŁONĄŁ WOŁYŃ
KiA SIDOROWICZOWIE
CZESŁAWA ROCH
ŚLADAMI LUDOBÓJSTWA..
PAMIĘĆ I NADZIEJA
Jastrzębski-LUDOBÓJSTWO
REGINA OWCZARCZAK
MOJE ZASMYKI-wiersze
POLECANE LINKIi
VIDEO
ks.ISAKOWICZ-ROZMOWA
WSPOMNIENIA-S.Kicińska
WSPOMNIENIA-Podskarbi
NA PODOLU PŁACZE...
WOŁYŃ 1943-Lech Makowiecki

WYWIADY I OPINIE
ROZMOWA z ks. Isakowiczem
ks. Isakowicz-CHODZI MI TYLKO...
Prof. Wieczorkiewicz o OUN-UPA
SEJM ZDECYDOWAŁ...
Ks.Isakowicz-POLITYKA ZAKŁA..

LIST OTWARTY do D.Tuska
Ostatnie artykuły
Odbyły się obchody...
Dęby Pamięci
Dyplom od Światoweg...
72.Rocznica "Krwawej...
I Marsz Pamięci Syb...
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
Brak tematów na forum
Najciekawsze tematy
Brak tematów na forum
POLECANE STRONY

 
<27 Dywizja Wołyńska AK

---------------------------------


Fundacja Centrum Dokumentacji
Czynu Niepodległościowego

--------------------------------

Fundacja Polskiego Państwa
Podziemnego

---------------------------------

Kresowy Serwis Informacyjny
-----------------------------------

Serwis Informacyjny
o Kresach Wschodnich

------------------------------------

Serwis Informacyjny
Towarzystwa Miłośników
Wołynia i Polesia w Chełme

Copyright © 2009 - Stowarzyszenie "Pamięć i Nadzieja" w Chełmie, 22-100 Chełm Pl. Niepodległości 1, p.77 Telefon - biuro: 608 073 511,
e-mail: stowarzyszenie.pin@op.plAdministrator - Tadeusz Halicki: thalicki@poczta.onet.pl
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Wygenerowano w sekund: 0.03